Wodospady Wiktorii i rafting na Zambezi
Mityczne Wodospady Wiktorii to długa na prawie dwa kilometry rozpadlina, do której z wysokości ponad 100 metrów spadają wody mocarnej Zambezi. Zambezi, rzeka graniczna między Zambią i Zimbabwe, cieszy się zasłużoną sławą wśród raftingowców – na jej wodach, poniżej wodospadów, można spłynąć najtrudniejszy rafting na świecie.
Docieramy do Wodospadów Wiktorii z Botswany. Rozpadlina, do której spada woda, oszołamia. w wodnym pyle robi się tęcza, a figlarny wiatr zawiewa krople na nas i na nasze aparaty! Idziemy wzdłuż wodospadów, do kolejnych miejsc widokowych. A po stronie Zambii ludzie chodzą tuż nad przepaścią! Boimy się, że spadną, ale na wszelki wypadek dla upamiętnienia ich wyczynów robimy im zdjęcia. Cóż, żyjemy w czasach sensacji i paparazzi… Najpiękniej jest na skałach na samym końcu, gdzie woda wpływa do wąskiego kanionu. Na kolację jedziemy do kolonialnego hotelu Victoria Falls. Przepięknie! Do wyboru tyle pyszności, że nie wiadomo, co wybrać. Zupa z awokado, suszi, ryby, różne mięsa, krokodyl - smaczniejszy niż poprzednio, szaszłyki ze strusia. Obżeramy się do nieprzytomności. Spotykamy grupę Polaków, którzy podróżują po Afryce luksusowym pociągiem. Po drodze zwiedzają, ale większość czasu spędzają w drodze.
Noc niespokojna, bo czeka nas rafing na Zambezi - najtrudniejszy na świecie. Rano z hotelu zabiera nas autobus do siedziby firmy raftingowej. Tam zbieramy się, spotykamy część poznanych poprzedniego wieczoru Polaków z pociągu. Ubrani jakby jechali na spływ Dunajcem. Wybierają wersję „leniwą”, czyli z wioślarzem. My wolimy wiosłować sami. Podpisujemy oświadczenie o stanie zdrowia i oczywiście o tym, że będziemy raftingować na własną odpowiedzialność. Jedziemy nad Zambezi. Zostawiamy swoje ubrania w workach, smarujemy się kremami przeciw prażącemu słońcu, zakładamy kaski i kamizelki asekuracyjne. Wiosła w dłoń, i zaczynamy długie zejście po schodach w dół wąwozu, do poziomu rzeki. Przystanek na ławkach na szkolenie – co robić przy wywrotce pontonu, jak wyjmować ludzi z wody itp. Teraz – przydzielanie do pontonów. Dołączają nas, trzy dziewczyny, do męskiej czwórki. Trójka chłopców to bracia z RPA, każdy z innego miasta, a czwarty to Hiszpan. Niestety, czerwone oczy trójki braci świadczą o przeżywanym „syndromie dnia następnego”. Ale cóż zrobić – ktoś musi z nimi płynąć. Na szczęście Hiszpan jest nie tylko trzeźwy, ale też miły i kontaktowy. Do pontonów musimy dojść spory kawałek po skałach, w niektórych miejscach jest dość ślisko i trudno. Startujemy pod samymi Wodospadami Wiktorii, z miejsca zwanego Boiling Pot. Widok na wodospady od dołu, z miejsca gdzie wlewa się cała płynąca Zambezi woda – niesamowity. Już samo wsiadanie do pontonów ze śliskich skał to wyzwanie. Najpierw na spokojnej wodzie „garnka” pod pionowymi skałami uczymy się wiosłować i reagować na komendy. Przewodnik wrzuca nas do wody. Wdrapanie się z powrotem do pontonu nawet na stojącej wodzie nie jest proste!
Ruszamy razem, jeden ponton po drugim. Cztery z naszej firmy raftingowej Shearwater Adventures, dwa lub trzy konkurencji, i zaraz dołączają trochę większe od naszych pontony ze strony Zambii. Każda firma daje swoim klientom kaski w innym kolorze, co potem okazuje się bezcenne. Pierwsze bystrza przechodzimy w miarę gładko. I nagle widzimy za nami ludzi w wodzie! Kaski między białą, spienioną wodą wyglądają na niewiele większe niż łepki od szpilki. Okazuje się, jaki sens ma wspólne płynięcie wielu pontonów – o wiele łatwiej i szybciej wyławia się ludzi z wody. Jako „obstawa” pływają też sprawni i zwinni kajakarze. Jeden płynie właśnie z dwójką przestraszonych ludzi, uczepionych jego dziobu. Próbujemy ich podjąć, ale nie dajemy rady wydostać się z nurtu. Ale widzimy ich twarze – to Polacy, ci, którzy wybrali teoretycznie bezpieczniejszą i mniej „wywrotną” wersję raftingu, w łodzi z długimi wiosłami. A wywrócili się jako pierwsi! Kolejne bystrza, kolejne wywrotki. Rzeka nas nie oszczędza. Ciągle ktoś kogoś łowi, a potem oddaje załogę. Podejmujemy z wody trzy wystraszone nastolatki z zambijskiego pontonu (poznajemy po różowych kaskach). A był większy, z wiosłami, czyli teoretycznie mniej wywrotny. Nawet jak się nie wywracamy, i tak jesteśmy cali mokrzy – woda odbija się i zalewa nas ze wszystkich stron. W pewnym momencie bracia z RPA lądują w wodzie, w odmętach znika wtedy też nasz sok pomarańczowy… Bystrze 7, czyli „ Podróże Guliwera”, przechodzimy pieszo, po skałach z boku. Pontony płyną same. Dlaczego? Nasza firma przy stanie wody na tym bystrzu między 585 mm a 630 mm nie chce narażać klientów na wpadnięcie na skały szczeliny, które mogą być niebezpieczne. Potem obchodzimy jeszcze bystrze 9, o uroczej nazwie „Commercial Suicide”. W skali kajakarskiej trudności najtrudniejsze na tym odcinku rzeki, ma stopień 6. Patrzymy jak przewodnicy spuszczają pontony, a na końcu w pontonie płynie nasz przewodnik – Shean. Podziwiamy, z jakim spokojem i opanowaniem ogarnia rozszalałą rzeką. Błyskawicznie rzuca się z burty na burtę, zwłaszcza że jest tylko jedno miejsce po prawej stronie bystrza, którym można bezpiecznie spłynąć. – Wygląda na to, że skoro pontony mogą płynąć same, to my tu właściwie tylko im przeszkadzamy – komentuje Tomek. Między tymi bystrzami jest 8 - "Midnight Diner". Co wybieramy – "Chicken Run" , łagodny, ale płytki gdzie przy wywrotce można zahaczyć o skały, czy trudniejszy "Muncher Run", z ryzykiem wywrotki fifty – fifty, ale głęboką wodą? Wahamy się, i jednak optujemy za głęboką wodą. Przechodzimy bez problemów. Spływamy na miejsce lunchu. Zjadamy z apetytem przygotowane porcje , trochę wysychamy, i w dalszą drogę. Teraz płyną tylko dwa nasze pontony, plus jeden kajakarz obstawy. Reszta wykupiła rafting na pół dnia. Żegnamy się też z sympatycznym Hiszpanem. Obgadujemy chłopców z RPA: on też zauważył, że prawie nie wiosłują! W dolnym odcinku bystrza są rzadziej, dłuższe okresy wiosłowania po spokojniejszej wodzie. Jakoś przechodzimy "Overland Truck Eater", też stopień trudności 5, jak zresztą większość bystrz na Zambezi. Potem bystrza 12 a, b, c, czyli „Trzy Brzydkie Siostry”, i 13 - „Matka”, lub, jak chcą niektórzy, „Macocha”. Dla nas okazała się macochą – zaliczyliśmy wywrotkę w ogromnych falach. Trudno wydostać się spod pontonu , potem wśród wielkich fal z głównego nurtu, wreszcie wszyscy spływamy do spokojnej zatoczki, i gramolimy się na skały. Z drugiej strony podpływa po nas przewodnik z pontonem, śmiejąc się, że wpłynęliśmy do „Zatoki Meduz”.
Chłopcy z RPA coraz bardziej narzekają na ból głowy, nie mają ochoty na jakiekolwiek ruchy. Przechodzimy dość spokojną 14, i zbliżamy się do bystrza 15, czyli „Pralki”. W środku jest praktycznie nie do spłynięcia, bo tworzy się „wirówka”. – Kto wpadnie, będzie wyprany do białości, wyjdzie jak Michael Jackson – ostrzega Shon. Podpływamy, i przy pierwszej fali nasz ponton odwraca się do góry dnem. Nurt szarpie jak prawdziwa pralka, i wciąga głęboko pod wodę. To na pewno tylko sekundy, ale wydają się wiecznością. Wreszcie wypływamy. Dopływam do skał , do których z drugiej strony dobija ponton. Z oczu dawno straciliśmy jedną z naszych dziewczyn– co się z nią stało?! Płyniemy dalej, rozglądamy się po skałach – nigdzie jej nie widać. Jesteśmy już mocno przestraszeni. Wreszcie, ponad kilometr niżej – jest! Stoi na brzegu na skale, a obok niej kajakarz z obstawy. Okazuje się, że kiedy zobaczył co się święci, puścił się za niąw pościg, dogonił ją, a kiedy złapała się kajaka, wchodzili już w kolejne bystrze. W ten sposób przepłynęła bystrze 16 - „Terminatora” uczepiona kajaka! Mamy już dość wywrotek, a przed nami jeszcze kilka bystrzy! Od przewodnika wiemy, że wywracaliśmy się, bo mięliśmy za mało prędkość – chłopcy na kacu prawie nie wiosłowali! Jesteśmy na nich wściekli. Na szczęście już bez wywrotek przepływamy kolejne bystrza, łącznie ze słynną 18 – „Zatratą”, gdzie wywraca się więcej pontonów niż gdziekolwiek indziej na świecie! Tylko później najmłodszy z braci po prostu spada do wody, jak gdyby zasnął siedząc na burcie.
Dopływamy do bystrza 21, gdzie kończy się rafting. Mamy złapać się skał i wysiąść, ale będący na dziobie chłopcy z RPA są już tak słabi że nie tylko nie mogą przytrzymać się skały, ale wpadają do wody i trzeba ich łowić! O mały włos nie wpadamy w nurt niosący do bystrza. Wysiadamy. Udało się! Przepłynęliśmy najtrudniejszy rafting świata! Teraz jeszcze niełatwe zadanie – wyjście z wąwozu pod górę. Łydki sztywnieją, dostajemy zadyszki. Natomiast nasi przewodnicy i pozostali czarni chłopcy z obsługi niosący sprzęt wyprzedzają nas na bosaka! Skrzydeł dostali też bracia z RPA. Kiedy dowiedzieli się, że na górze czeka piwo, kłusem biegną po schodach. Na górze dostajemy napoje. Przy autobusie czekają sprzedawcy pamiątek, ale my nie mamy przy sobie ani grosza. Nie szkodzi - ktoś zamienia mokre buty na sporego słonia! Wsiadamy do autobusu , i jedziemy do hotelu. Przejazd zabiera nam trzy kwadranse – spłynęliśmy 23 kilometry.
W hotelu nie mamy dużo czasu na przebranie się i doprowadzenie do stanu używalności. O 19 w siedzibie firmy raftingowej jest pokaz kręconego dziś filmu. Są już i Hiszpanie, i bracia z RPA z rodzicami. Dopiero na filmie widać, jak groźna jest rzeka Zambezi! Ale i tak co chwila wybuchamy śmiechem. Kolację mamy w tradycyjnej afrykańskiej restauracji „Boma”. Najpierw witają nas panowie z bębnami , potem każdy zostaje owinięty kwiecistą szmatką, i dostaje jeszcze rytualny malunek na twarzy. Restauracja to bardzo stylowa, duża „szopa”. Najpierw tradycyjne piwo, o bardzo wyraźnym smaku i zapach drożdży, serwowane w blaszanych kubkach. Potem przystawki – największą popularnością cieszy się pasztecik ze strusiny. I bufet – hitem jest mięciutkie mięso z guźca. Ale specjalność restauracji to pieczone robaki mopani. Wyglądają okropnie, ale kto zje, dostaje certyfikat!
Następnego dnia idziemy do granicy z Zambią. Kontrolę graniczną przechodzimy pieszo. Na moście można skoczyć na bungy, ale jakoś nie ma chętnych. Oblegają nas sprzedawcy pamiątek. Chcą wymienić figurki np. za długopis, ale jak chcemy kupić, to okazuje się, że do długopisu mamy dorzucić jeszcze pięć dolarów. Kolejna granica. Udaje nam się przejść bez czekania w długiej kolejce. Pan wstemplowywujący nam pieczęcie w paszporty zna osiągnięcia polskich lekkoatletów na Mistrzostwach Świata! Idziemy do eleganckiego hotelu Zambezi Sun, stamtąd busikiem jedziemy do pięknego, kolonialnego Royal Livingstone. W busiku znowu jest nas o wiele więcej, niż przewiduje norma. Jeżdżenie w tłoku weszło nam w krew! W pięknych wnętrzach Royal Livingstone pijemy pyszne kawy, i robimy sobie sesję zdjęciową … w damskiej toalecie. Nad brzegiem Zambezi ruszamy do Parku Narodowego. Wodospady od strony Zambii wyglądają genialnie. Znów serwują nam serię tęcz. A po ścieżkach hasają pawiany, także mamy z maluchami na plecach! Przechodzimy przez wąski mostek na cypelek, skąd widzimy Boiling Pot – miejsce startu raftingu. |