Armenia - Ararat i klasztory na Jedwabnym Szlaku

02.08.2013 Beata Radecka

- Co właściwie wiem o Armenii? - zastanawiałam się, kiedy wymyśliłam ten wyjazd. Gdzieś na Zakaukaziu, niewielki kraj, który jako pierwszy przyjął chrześcijaństwo. Kościół mają swój, czyli autokefaliczny, to wiedziałam, bo we Lwowie byłam w katedrze ormiańskiej, o której zresztą uczyłam się na studiach.

Obrazek niżej podpisany
Armenia
ArmeniaArmeniaPuszczamy gołębie koło klasztoru Chor Virap, a w głębi Ararat.  ArmeniaPrzyjazne spotkanie z ormiańskimi dziewczynami, ArmeniaZachód słońca nad jeziorem Sevan, Armenia ArmeniaArmeniaArmeniaArmeniaUśmiech, życzliwość, i ... rekordowe wąsy! ArmeniaArmeniaHellenistyczna świątynia słońca boga Mitry, garni, ArmeniaArmeniaArmeniaArmeniaArmeniaArmeniaArmeniaArmeniaArmeniaArmeniaArmeniaArmeniaArmeniaArmenia

I jeszcze ludobójstwo Ormian, które urządzili Turcy w czasie I wojny światowej, licząc pewnie na to, że podczas zawieruchy ogólnoeuropejskiej nikt nie zwróci uwagi na zniknięcie około półtora miliona ludzi (tak twierdzą Ormianie, Turcy mówią o "zaledwie" 300 tysiącach).

Ciekawiło mnie, jak teraz w postkomunistycznej rzeczywistości odnajdują się Ormianie. Naród zmyślny, sprytny, inteligentny, ze smykałką do handlu i do języków. Moim zdaniem podobnie jak Żydzi, świadomie używam tego porównania w znaczeniu jak najbardziej pozytywnym. Najsłynniejszy szachista świata, Garri Kaparow, jest przecież pół Żydem, a pół Ormianinem! Kasparow to zrusycyzowane nazwisko jego matki Ormianki, Klary Szagenownej Kasparian.

Pamiętałam też, że Ormianie w dawnej Polsce byli tak bogaci, że pożyczali pieniądze polskim królom. Głównie zajmowali się handlem ze Wschodem, ich złotnicy nie mieli sobie równych, no i zaczęli w Polsce tkać dywany. Znany nam wszystkim świetnie strój sarmacki, czyli kontusz z szablą u boku, też oni wprowadzili!

Ale dość dywagacji historycznych, teraz będzie relacja z naszego wyjazdu:

Wjechaliśmy od Armenii od strony Gruzji, przez granicę w miejscowości Bavra. Nastrój nagle zrobił się jak w filmie: pustkowie wokół, słychać w oddali szczekanie psa, zbliżał się wieczór, szły ciemne chmury, potem lunął deszcz. Pogranicznicy oczywiście nie spieszyli się, szczególnie z odprawą naszego busa. Tu formularz, tam pieczątka, tam poczekać... Jeszcze gruziński żołnierz zrobił mi awanturę, że śmiem robić zdjęcia na granicy. Kazał mi je usunąć. Oczywiście tego nie zrobiłam, i cały czas zastanawiam się, co niebezpiecznego jest w melancholijnym widoczku pustej drogi z kałużami, brudnego betonowego płotu, maleńkiej budki z okienkiem i drzwiami balkonowymi, podrdzewiałej latarni, krzywego słupa... Ale nie wstawię do internetu tego zdjęcia, żeby służby wywiadowcze nie pochwaliły się wyśledzeniem niebezpiecznego szpiega. Co z nim, czyli ze mną, mogą zrobić, pozostawiam w sferze domysłów.

Zaraz za granicą wpadliśmy w trudny do przejechania korek. Utknęliśmy w środku całego stada... baranów. Dosłownie, choć owce też pewnie tam były. Jeździec na koniu próbował zapanować nad kierunkiem przemarszu beczącego towarzystwa.

Ciekawie zerkaliśmy, czym różni się Armenia od Gruzji. Uznaliśmy, że jest czyściej i schludniej. Drogi zdecydowanie lepsze. Może między innymi dlatego, że bardzo dużo domów jest z nietynkowanego lokalnego kamienia - różowawego tufu wulkanicznego w rozmaitych odcieniach. Pięknie wygląda, no i od razu odpada problem odpadającej farby czy tynku.

Sklepy otwarte do późnego wieczora, ładne, schludne. Ale już możliwości skorzystania z w miarę przyzwoitej toalety brak. Sprzedawczyni w eleganckim markecie oburzył się, że śmiemy ją pytać o takie rzeczy! Znaleźliśmy na stacji benzynowej, ale wygląd i aromat skłonił do szybkiej decyzji: nieopodal w mroku majaczy porzucony wrak Uaza, tak więc starym podróżniczym sposobem panie na prawo, panowie na lewo.

W górach złapała nas gęsta mgła, i przez to dotarliśmy bardzo późno na nocleg nad jeziorem Sewan, do którego musieliśmy się wspinać (leży na 2000 m.n.p.m!). Hotel: ośrodek w zieleni, postkomunistyczny, ale odnowiony i czysty. Za to rano jakie wrażenie! Przed wyjściem jest taras, i widok na ogromne jezioro, otoczone górami. Jak wyczytałam, jezioro Sewan zajmuje aż 5 % powierzchni kraju. Przeliczyłam: jest osiem razy większe niż nasze Śniardwy. Woda błękitna i krystaliczna, z naszego tarasu widzieliśmy każdy kamyczek na dnie. Ale wyglądała na chłodną.

Kierunek: Erewań! Zwany obecnie Erywaniem. Stolica, w której mieszka aż połowa ludności kraju, czyli aż półtora miliona ludzi z trzech. Żeby było ciekawiej, trzy razy tyle Ormian mieszka za granicami kraju! Diaspora jest bardzo silna, trzymają się razem i nie tracą swej tożsamości.

Miasto jest ładnie położone, w rozległej dolinie i na otaczających wzgórzach. Zaczęliśmy od widoku spod monumentalnego pomnika Matki Armenii, dzierżącej krzepko ogromny miecz. Przez mgłę i miejski smog, ale widać ośnieżony szczyt Araratu! Wygląda jakby zawieszony w powietrzu, ogromny, ale trochę nierzeczywisty. Góruje nad wszystkim, nic dziwnego, jeśli ma się 5165 metrów wysokości? Na niej właśnie ponoć wylądowała po potopie Arka Noego.

O ironio, święta góra Ormian, opiewana przez poetów, nie dość, że jest za granicą, to jeszcze we wrogim kraju, którego granice są zamknięte. Narody dzieli rzeź Ormian, sprawiona przez Turków Osmańskich w latach 1915-1917. Rząd w Ankarze sprzeciwia się uznaniu tych tragicznych wydarzeń jako zbrodnie przeciwko ludzkości, a władze w Erywaniu uzależniają wznowienie stosunków dyplomatycznych z Turcją właśnie od tego.
A jak Ararat trafił do Turcji? "Dzięki" szczodrości bolszewików, którzy zajęli Armenię w 1920 roku, i chcieli zrobić Turkom prezent, licząc na ich przychylność. Za Ararat Rosja Radziecka dostała Adżarię (teraz gruzińską).

Póki co muszę przerwać, ale ciąg dalszy relacji nastąpi! Zajrzyjcie wkrótce proszę.