Najlepsze wyjazdy taneczne! Bachata na Dominikanie 21 listopada - 3 grudnia, salsa na Kubie 27 listopada - 10 grudnia, sylwester w Kolumbii i słynny festiwal w Cali »

Kolumbia, Ekwador i Galapagos

05.11.2018 Piotr Gaszyński

Zawsze chciałem zobaczyć magiczne wyspy Galapagos. Wreszcie marzenie się spełniło. Jednak nie można zobaczyć Galapagos, nie pojechawszy do Ekwadoru, do którego te wyspy należą. A będąc w Ekwadorze, jak tu nie zahaczyć choćby na parę dni o Kolumbię, która znowu jest bezpieczna i otwiera się szeroko na turystów.

Obrazek niżej podpisany
Bogota widziana ze wzgórza Montserrat
Kolumbia-Ekwador-GalapagosKolumbia-Ekwador-GalapagosKolumbia-Ekwador-GalapagosKolumbia-Ekwador-GalapagosKolumbia-Ekwador-Galapagos

Zaczęliśmy więc od Kolumbii. Jest to olbrzymi kraj, na którego zwiedzenie potrzeba minimum dwa tygodnie, a tymczasem my dysponowaliśmy tylko… dwoma dniami. Siłą rzeczy musieliśmy się ograniczyć do stolicy - Bogoty i jej okolic. Mimo tak krótkiego czasu Bogota mnie oczarowała. Całymi godzinami spacerowaliśmy z lokalną przewodniczką po uliczkach starego miasta, odwiedzaliśmy zabytkowe kościoły i podziwialiśmy budynki rządowe w centrum.

Kolumbia-Ekwador-Galapagos

Kiedy się zmęczyliśmy, zrobiliśmy sobie przerwę w najstarszej kawiarni Bogoty - La Puerta Falsa, w której skosztowaliśmy lokalnego specjału: pitnej czekolady z… żółtym serem, który się w niej rozpuszcza. Nabrawszy sił, mogliśmy odwiedzić jeszcze dwa muzea, które są absolutnie obowiązkowe dla każdego turysty w Bogocie. Pierwsze to Muzeum Złota, a drugie to Muzeum Botero. W pierwszym podziwialiśmy starożytną sztukę Indian kolumbijskich, w tym złote przedmioty, dzięki którym powstała legenda El Dorado, w drugim zaś - współczesną sztukę najbardziej znanego kolumbijskiego artysty - Fernando Botero, charakteryzującą się obfitością kształtów postaci.

Kolumbia-Ekwador-Galapagos

Na koniec dnia udaliśmy się kolejką linową na szczyt wzgórza Monseratte, skąd oczom naszym ukazała się zachwycająca panorama daleko rozlewającego się miasta, skąpana w świetle zachodzącego słońca i w oprawie ciemnych, burzowych chmur na horyzoncie.

Kolumbia-Ekwador-Galapagos
Kolumbia-Ekwador-Galapagos

Następnego dnia pojechaliśmy w kolumbijski interior, na tyle na ile mogliśmy sobie pozwolić w ciągu jednodniowego wypadu. Są tam dwa miejsca, które koniecznie trzeba odwiedzić: Katedra Solna w Zipaquira i legendarne jezioro Guatavita. Katedra Solna nie jest może tak piękna jak w Wieliczce, ale wrażenie robi jej ogrom. Jest też ciekawie podświetlona. Natomiast jezioro Guatavita to miejsce narodzin legendy El Dorado. Już to sprawia, że koniecznie trzeba je odwiedzić, ale wizyta nad nim przerasta oczekiwania, bowiem położone wewnątrz tajemniczego "krateru" jezioro jest piękne samo w sobie. Dwa dni spędzone w Kolumbii zaostrzyły tylko mój apetyt na bardziej gruntowną eksplorację tego kraju. Muszę tam jeszcze kiedyś wrócić na dłużej.

Kolumbia-Ekwador-Galapagos

Z Bogoty polecieliśmy do stolicy Ekwadoru - Quito. Muszę powiedzieć, że jest to jedna z najładniejszych i najprzyjemniejszych stolic w Ameryce Południowej. Do równika, od którego bierze nazwę Ekwador, są prawie "dwa kroki", a klimat bardzo przyjemny, przez miejscowych określany jako "wieczna wiosna". Sprawia to wysokie położenie, około 2700 m n.p.m. Oczywiście wizyta na równiku jest tam obowiązkowa. Koniecznie też musieliśmy zrobić "równikowe" eksperymenty w Muzeum Intinan, ale nie wszystkich one przekonują.
Samo miasto położone w długiej dolinie, w otoczeniu wulkanów, pełne jest zabytków i choć nie dorównuje pod tym względem Cuzco z Peru, to jednak trzeba pamiętać, że u schyłku istnienia państwa Inków pełniło funkcję ich północnej stolicy. Szkoda tylko, że po Inkach praktycznie nic się tam nie zachowało. Mieliśmy jednak szczęście zobaczyć ekwadorskiego prezydenta, gdyż w Quito jest oryginalny zwyczaj, że głowa państwa w każdy poniedziałek pokazuje się narodowi i przemawia z tarasu pałacu prezydenckiego przy głównym placu stolicy. Ciekawa jest też oprawa tego wydarzenia, ponieważ występują w niej żołnierze gwardii honorowej w historycznych mundurach z okresu walk o niepodległość na początku XIX wieku.

Kolumbia-Ekwador-Galapagos

Ekwador dzieli się na trzy główne strefy geograficzne: Costa - wybrzeże, Sierra - góry i Oriente - wschód pokryty dżunglą. Zwiedzanie kraju zaczęliśmy od Sierry, w której położona jest stolica. Na południe od Quito rozciąga się słynna Aleja Wulkanów, nazwana tak przez niemieckiego podróżnika Aleksandra von Humboldta. Jadąc tą Aleją, po jednej i drugiej stronie mija się wulkany, stąd nazwa. Musieliśmy odwiedzić jeden z nich, a zarazem najładniejszy - Cotopaxi.

Kolumbia-Ekwador-Galapagos

Jest to wulkan czynny, dlatego jeszcze kilka miesięcy wcześniej taka wizyta nie byłaby możliwa, z powodu erupcji, która miała miejsce pod koniec 2015 roku. Na szczęście wulkan się uspokoił i turystów znowu wpuszcza się do Parku Narodowego Cotopaxi. A tam, u stóp wulkanu, który zazdrośnie chowa się często za chmurami i tylko na chwilę odsłania, położone jest urokliwe jeziorko Limpiopungo, wokół którego zrobiliśmy sobie spacer. Idąc tropem Humboldta, trafiliśmy później do ślicznej hacjendy La Cienega, w której podróżnik onegdaj się zatrzymał. Nasza wizyta w Alei Wulkanów byłaby też niepełna bez zwiedzenia jednej z licznych plantacji róż, które Ekwador eksportuje na cały świat.
Podążając na południe, zboczyliśmy nieco na wschód i zjechaliśmy 1000 m w dół do miasteczka Baños na granicy Sierry i Oriente. Od razu poczuliśmy zmianę klimatu. Im niżej tym bujniejsza roślinność, ale też więcej wilgoci i więcej… deszczu. Deszcz padał całą noc i cały ranek. Trochę nas to smuciło, potem jednak zmieniliśmy zdanie. Dzięki deszczowi wodospad Pailon del Diablo wyglądał wyjątkowo imponująco. Natomiast przejażdżka lokalną "kolejką linową" - tarabita, czyli w metalowym koszu zawieszonym na linie między zboczami kanionu, na dnie którego huczała górska rzeka, zapewniła nam sporą dawkę adrenaliny. I już deszcz, a właściwie mżawka, nie przeszkadzał nam. Zresztą w takich sytuacjach wystarczyło napić się trochę canelazo (gorącej "góralskiej" herbatki z cynamonem i miejscowym bimbrem z trzciny cukrowej) a świat od razu stawał się weselszy. Później wjechaliśmy z powrotem 1000 m do góry, ponad pułap chmur nad Baños i znowu zaświeciło słońce. Nie pomogło nam to jednak dojrzeć najwyższego ekwadorskiego wulkanu, czyli Chimborazo, schowanego w chmurach, ale nocleg mieliśmy za to w fantastycznej, bardzo eleganckiej hacjendzie Abraspungu koło Riobamba.

Kolumbia-Ekwador-Galapagos

Następnego ranka wczesna pobudka i wyjazd od Alausi, żeby zdążyć na poranny pociąg turystyczny do słynnego El Nariz del Diablo. Pociąg miał obudowane drewnem wagony i wyglądał bardzo retro. Zaczęliśmy zjeżdżać zakosami w dół. W najbardziej stromym miejscu, czyli na właściwym Nosie Diabła jechał jak wahadło, najpierw do przodu a potem niby do tyłu, ale w dół. I tak parę razy, aż znaleźliśmy się na dnie kanionu i zatrzymaliśmy na maleńkiej stacyjce Sibambe. Po przerwie, w czasie której można było zwiedzić muzeum budowania kolei i obejrzeć występ folklorystyczny, ruszyliśmy w drogę powrotną do Alausi.

Kolumbia-Ekwador-Galapagos

Kolejnym miejscem na naszej trasie była Ingapirca, gdzie znajdują się najlepiej zachowane ruiny inkaskie w Ekwadorze. Szczerze mówiąc, nie robią wielkiego wrażenia, ale pamiętajmy, że Inkowie na terenie dzisiejszego Ekwadoru byli zaledwie około 50 lat, prowadzili najpierw wojnę o zdobycie tych ziem a potem walczyli między sobą o władzę, więc za bardzo nie mieli czasu na zbudowanie tak imponujących budowli, jak w Peru. Mimo to, warto odwiedzić Ingapircę, żeby mieć chociaż pogląd jak wyglądały rubieże inkaskiego imperium. Poza tym są tam też pozostałości dzielnicy podbitego przez Inków miejscowego ludu Cañari.
Wreszcie dotarliśmy do najładniejszego miasta w Ekwadorze - Cuenca. Jest to perła architektury kolonialnej, którą koniecznie trzeba odwiedzić. Na eksplorację miasta poświęciliśmy cały następny dzień. Zwiedzaliśmy nie tylko piękne kościoły, place czy wąskie uliczki starówki, ale weszliśmy też do fabryczki słynnych kapeluszy panama, które wbrew nazwie wcale nie pochodzą z Panamy, ale właśnie z Cuenci w Ekwadorze. Poza Cuencą zwiedzaliśmy też okolice, w tym plantację storczyków, a także miasteczko Chordeleg. Posililiśmy się tam na targu lokalnym specjałem zwanym hornado, czyli świnią pieczoną na rożnie, z której sprzedawczynie oddzierały rękoma kawałki miękkiego mięsa i chrupiącej skórki. Wieczorem natomiast spacerowaliśmy uliczkami zabytkowej starówki Cuenci, której urok podkreśla odpowiednia iluminacja.
Cuenca była najbardziej na południe wysuniętym punktem naszej podróży. Zbliżał się dzień wylotu na wyspy Galapagos, musieliśmy więc zjechać z wysokiej Sierry na nadbrzeżne niziny Costy. Zanim jednak na dobre opuściliśmy góry, odwiedziliśmy jeszcze Park Narodowy Cajas. To z kolei było najwyżej położone miejsce na naszej trasie, bowiem spacer po tym Parku zaczęliśmy na wysokości prawie 4000 m n.p,m. Bardzo urzekły mnie surowe krajobrazy Cajas, które bardzo przypominają szkockie Highlands, a chronią andyjską roślinność wysokogórską zwaną paramo. Potem droga prowadziła już tylko w dół, aż nad sam ocean, do miasta Guayaquil. Niesamowicie wyglądał nasz zjazd, gdyż najpierw byliśmy nad chmurami, potem na ich poziomie i wreszcie pod nimi. Na dole uderzyło nas gorąco i wilgoć tropików. Zatrzymaliśmy się jeszcze na plantacji kakao, a tuż obok zwiedziliśmy też "nadplanowo" plantację bananów, których Ekwador jest największym eksporterem.

Kolumbia-Ekwador-Galapagos

Do Guayaquil dotarliśmy już wieczorem. Wprawdzie wybraliśmy się na spacer na promenadę nadbrzeżną, ale największe miasto Ekwadoru nie ma wiele do zaoferowania. Turyści zwykle tylko w nim nocują przed wczesnym wylotem na Galapagos następnego dnia.